wtorek, 7 lipca 2009

Amerykańskie pasje

Polecam felieton Marcina Bosackiego z cyklu "Tak wygląda Ameryka", troszkę o życiu w ameryce, troszkę o pieniądzach i oczywiście o baseballu, bardzo ciekawa lektura...



Lato, wakacje, więc będzie o sporcie. No, może nie tylko. Tydzień temu, trzy dni z rzędu, stadion bejsbolowego zespołu Nationals z Waszyngtonu zapełniał się do ostatniego, 42-tys. miejsca. To rzadkość, bo Nationalsi to najgorsza drużyna ligi.

Ich przeciwnikami byli Red Sox ("Czerwone Skarpety") z Bostonu - jedna z najpopularniejszych drużyn USA, mistrzowie sprzed dwóch lat. Ale same ich walory sportowe nie wystarczyłyby, by zapełnić piękny stadion. Skarpety są dumą i symbolem Nowej Anglii - północno-wschodniej części USA zdominowanej politycznie przez Demokratów. Demokraci niepodzielnie rządzą dziś w Waszyngtonie, więc przy okazji meczów "Skarpet" na stadion swych przyjaciół i partnerów w biznesie i polityce zapraszały setki waszyngtońskich lobbystów i członków Kongresu.

Na trybunach i w przeszklonych lożach zasiadło co najmniej 20 kongresmanów i senatorów na czele z Johnem Kerrym, kandydatem Demokratów na prezydenta sprzed pięciu lat. Wielu kongresmanów, głównie Demokratów z Nowej Anglii, ale i Republikanów z Południa, mecze Red Sox w Waszyngtonie uznało za najlepszą w roku okazję do zbiórki pieniędzy.

W Waszyngtonie jest tysiąc sposobów na fundraiser, czyli zbiórki pieniędzy dla polityków czy organizacji charytatywnych. Cześć z nich została w ostatnich latach zakazana, ale spotykanie się polityków z lobbystami na imprezach sportowych - nie. Demokratyczny kongresman Jim Langevin ze stanu Rhode Island (Nowa Anglia) kupił 50 drogich biletów po 200 dol. i wręczał je wraz z zaproszeniami na fundraiser lobbystom, biznesmenom i bogatym sympatykom po... 1500-2500 dol. Na fundraiserach się je i pije, a przede wszystkim rozmawia. O interesach i polityce. Można też od czasu do czasu spojrzeć, czy gwiazdy "Skarpetek" trafią kijem w piłkę...

W Europie uważa się, że sport w Ameryce jest właśnie taki - skrajnie skomercjalizowany. Podobnie jak z innymi stereotypami o USA (że Amerykanie jeżdżą tylko wielkimi autami albo że jedzenie jest beznadziejne) - jest w tym trochę prawdy, ale tylko trochę. Kongresmani objadający się homarami na meczu Nationals - Red Sox to bowiem tylko mała część amerykańskiego sportu.

Zacznijmy od poziomu zero. Każdy Amerykanin wysyła swoje dzieci na treningi sportowe. Często w różnych dyscyplinach. Bejsbol, piłka nożna, futbol amerykański, lacrosse, hokej, ale i szachy czy gimnastyka lub balet. W szkółce baletowej moich córek jedną z gwiazd jest dziewczyna mocno przy kości. Na występach zamiast drwin zbiera mocne brawa.

To wszystko kosztuje, ale z reguły nie są to pieniądze kosmiczne. A drużyna piłkarska mojego syna właśnie robi fundraiser dla jednego z chłopców, którego samotna matka nie jest w stanie zapłacić składki. Drużyny sportowe - szkolne czy miejskie - są ośrodkami aktywności społecznej i życia towarzyskiego. Rodzice są trenerami, prezesami, skarbnikami.

Amerykanie w sporcie kierują się świetną zasadą "wspieraj swój lokalny klub". Na mecze futbolowej drużyny szkoły średniej z mojego miasteczka przychodzi 2-3 tys. osób. I to tuż pod Waszyngtonem, gdzie rozrywek jest w bród. W miasteczkach na prowincji mecze lokalnych drużyn szkolnych czy pół-zawodowych z niższych lig potrafi oglądać 5-10 tys. kibiców.

W Polsce, jak w większości Europy, sport uniwersytecki to piąte koło u wozu. W Ameryce uniwersytecka koszykówka i futbol są równie ważne jak rozgrywki zawodowe. Kiedyś na meczu futbolowej drużyny Uniwersytetu Nebraska byłem jednym z ponad 83 tys. widzów. Od 40 lat na każdym meczu pada tam rekord widowni - po prostu za każdym razem domontowuje się kilka krzesełek, a komplet jest zawsze.

Drużynie ze swego uniwersytetu kibicuje się do końca życia. Gdy awansuje do fazy pucharowej, wsiada się w samolot i leci za nią na drugi koniec Ameryki.

Sportowy patriotyzm lokalny na tę skalę obok USA istnieje tylko w Anglii, gdzie na piątą ligę piłki potrafi przyjść 10 tys. ludzi. W Polsce, gdy grupka fanatyków chce pojechać za swą drużyną 200 km, organizatorzy meczu, policja i media traktują ich jak chuliganów i bandytów - z zasady.

Sport zawodowy w USA też ma swe wspaniałe strony. W żadnym sporcie w USA nie byłaby możliwa taka dominacja, jaką trzy-cztery kluby mają od kilkunastu lat w ligach piłkarskich Hiszpanii, Anglii czy Włoch. Dla Amerykanów to nie do pomyślenia, że Cagliari czy Portsmouth mają zero szans, by w najbliższej dekadzie być mistrzem.

Amerykanie, dzięki dwóm przepisom - limitowi zarobków na drużynę i dobieraniu młodych zawodników na zasadzie: najsłabszy klub wybiera najlepszych - dbają o to, by równość szans nie była czczym hasłem. Wbrew kolejnemu stereotypowi Europejczyków o Ameryce.

W Ameryce niemożliwa byłaby też skandaliczna przewaga związków sportowych nad prawem i państwem. Gdy w Polsce związki piłkarski czy siatkarski przeżarte są skandalami do cna, ponadnarodowe organizacje kumplowsko-mafijne skutecznie je bronią. W USA, gdy związek bejsbola tolerował przez lata doping, wzięli się za niego politycy.

Jay Fox, rzeczniczka kongresmana Langevina, który zaprosił na mecze "Skarpetek" 50 bogatych sympatyków, tłumaczyła: - Dlaczego nie łączyć dwóch wielkich pasji Ameryki - sportu i polityki?

Ja dodałbym do tych pasji też pieniądze. Ale i tak uważam, że sport w Ameryce ma się świetnie.

Źródło: Gazeta Wyborcza